4 lutego 2010

Variete, czyli Białe Ma(c)ki

Koncert był to pod wieloma względami dla Variete nietypowy. Po pierwsze miejsce: teatr. Po drugie Variete w trzyosobowym składzie: Grzegorz Kaźmierczak przy mikrofonie i Mac'u, gitara Marka Maciejewskiego oraz Paweł Rychert z zespołu Pchełki przy instrumentach elektronicznych. Czyt. dwa Mac'i. No właśnie... Czy komputery, dzięki (?) którym słychać perkusje, bas i klawisze to jeszcze instrumenty? Może to już instrumenty? I chociaż aranżacje były ciekawe, sample dodały chłodu muzyce Variete, to jednak brzmienie nie to samo. "Perkusja" zbyt płaska, "bas" zbyt płytki, "klawisze" zbyt ubogie. Variete na pewno skorzystało na dodaniu sampli, ale nie skorzystało na zachowaniu tylko jednego "żywego" instrumentu (gitary).

Variete
Teatr na Woli
Warszawa, 30 stycznia 2010

12 września 2009

zapomniałam

26 sierpnia 2009

muzyka i proekologiczne deptanie trawnika

Przede wszystkim trochę to dla mnie niezrozumiałe, że koncert z okazji Dni Ziemi i na rzecz ochrony środowiska odbywa się w takim miejscu. Po pierwsze poznańska Cytadela to miejsce historyczne. Po drugie to park pełen drzew i trawników, jak to w parku. Po trzecie oczywiste jest, że po takim koncercie, podczas którego jest sporo budek z prowiantem i same jednorazówki, teren będzie nie tylko zadeptany, ale i zaśmiecony. Szczególnie, że z całej Cytadeli odgrodzony był tylko teren samego koncertu. Chodzi o późniejszą rekultywację? Całego parku? Hmm...

Od początku zrobiła na mnie dobre wrażenie organizacja miejsca i koncertu. Cytadela ma swoje ograniczenia, ale to jedno wejście wystarczyło. Gorzej było z wyjściem... Z drugiej strony nie ma co oczekiwać, że 40-tysięczny tłum rozejdzie się szybko i bez tłoku.
Miasto stanęło na wysokości zadania i podstawiło darmowe autobusy dworzec - Cytadela - dworzec. Gorzej z PKP. Dużo gorzej.

Co do samego koncertu Radiohead. York Wielkim Artystą jest, a zespół bardzo dobrze zgrany. Muzyka Radiohead, szczególnie teksty zawsze były dla mnie dużą intymnością ich autora. Często chyba niezrozumiałą, pozostającą wewnątrz niego chociaż wyśpiewaną. I trochę taki był też ten koncert - dział się i nie dział jednocześnie. Z szacunkiem dla publiczności, ale z zachowaniem tej swojej intymności. Zagrany mocno, dobitnie.
A jednak czegoś zabrakło. Może odrobiny więcej zaangażowania, interakcji między muzykami, interakcji z widownią. Niektóre piosenki kończyły się zbyt nagle i bez pomysłu. Liczyłam na więcej improwizacji i zabawy dźwiękami, więcej spontaniczności i odczuwalnej poza sceną przyjemności z grania. Wydawało mi się, że improwizacje będą największą siłą tego koncertu. Tymczasem nawet aranżacje nie były jakoś szczególnie zaskakujące. Radiohead zespołem studyjnym?
Ciekawa jestem ich brzmienia, aranżacji akustycznych albo symfonicznych...

Radiohead
wtorek, 25 sierpnia 2009
Cytadela, Poznań

23 sierpnia 2009

pamięć narodu

"Przychodzisz posłuchać muzyki, ale coś za coś - takie gówno też trzeba zobaczyć", rzekł chłopczyna z młodym wąsem do dziewczęcia z kolorowymi tipsami, kiedy na ekranie pojawiły się fragmenty historii Polski i świata. Było to między koncertem Myslovitz a Iana Gilliana podczas festiwalu Solidarity of Arts w Gdańsku.
Na Targu Węglowym spory choć nie gęsty tłum. Ogromna, głęboka scena. Kiedy dotarliśmy, właśnie śpiewał Janerka. "Dokładnie tam, dokładnie tam, dokładnie tam..." Świętowanie obchodów Solidarności. Przy brzmieniach afery stoczniowej.
Wybraliśmy się na spacer Długą, tracąc w tym czasie koncert Niny Hagen. Żałuję. Natknęliśmy się za to na przekorny duet ulicznych grajków - dziewczyny o mocnym, ciekawy głosie i jej kolegę. Gitary i wymiana wersów. Ona: "Every night in my dreams
I see you. I feel you. That is how I know you go on.
" On: "Zostawcie Titanica! Nie wyciągajcie go! Tam ciągle gra muzyka. I oni tańczą wciąż." A tłumek dookoła się śmiał. Śmiałam się i ja.
Po łuku wróciliśmy na Targ Węglowy, gdzie właśnie grało Myslovitz. Nie był to najlepszy koncert moich ulubieńców, na jakim byłam. Pachniał chałturą. Ale momentami wyciągali pazurki.
Po koncercie znów obrazki na ekranie. Tym razem nowsza historia świata - ataki terrorystyczne, wojna w Iraku, w Afganistanie. Palenie flag, wybuchy, protesty, trumny. Informacje o zabitych i rannych. Licznik kosztów obu wojen... Monumentalna muzyka w tle.
A na scenie ruch - wjeżdża podest dla Orkiestry Filharmonii Bałtyckiej. Materna zapowiada kolejny koncert. Wszyscy gotowi do gry. Rozpoczynają klasyką, którą znam ze słyszenia lecz nie z nazwy. Pojawia się Gillian. W szarym tshirt'cie i błękitno-różowych spodniach od dresu. Z plakietką Solidarności na piersi... Uśmiechnięty, serdeczny, z wielkim uznaniem dla orkiestry i zachwytem nad publicznością. Wczoraj miał urodziny i w ramach niespodzianki dostaje w trakcie koncertu tort. Cały koncert to symfoniczne kawałki Deep Purple. Na "Smoke on the water" tłum śpiewa i szaleje. Muzycy też.
Burzę oklasków przerywają syreny i światła czterech szperaczy wycelowane w niebo nad Gdańskiem. Rozbłyskają ognie. A na zakończenie dreszcze...:



P.S.
Odniosłam wrażenie, że Gillian ma większy szacunek do naszej historii niż niektórzy z nas, Polaków.

Solidarity of Arts
Dziwny jest ten świat

Targ Węglowy, Gdańsk
22 sierpnia 2009

18 sierpnia 2009

Tu i Teraz

Amerykanin też ludź...

16 sierpnia 2009

Michael Jackson żyje i tańczy u Madonny.

Pół Polski czekało, a pół bojkotowało ten koncert. A jednak zagrała i obyło się bez burd i awantur.
Zagrała? To było raczej show, nie koncert. Madonna więcej tańczyła niż śpiewała. Wiedziała, że jest publiczność, ale nie miała z nią większego kontaktu, jeśli w ogóle jakikolwiek. Widać, że czuje się na scenie wyśmienicie. Ale ze względu na siebie, na bycie w świetle jupiterów i fleszy. To jej życie, narkotyk. To był świetnie i precyzyjnie wyreżyserowany spektakl, a taki zawsze pozostawia pole dla improwizacji. Było jej sporo. Prawie tyle, co dobrej zabawy tak na scenie, jak poza nią. Mam wrażenie, że na scenie była grupa dobrze bawiących się ze sobą ludzi i zgarniających za to sporą kasę. Bez względu na to gdzie i dla jakiej publiczności grają...
Miałam okazję widzieć także próbę. Atmosfera była wtedy swobodna, żadnego "zamordyzmu". Brykali, śmiali się, Madonna była przyjacielska, łagodna i profesjonalna. Wobec zgromadzonych fanów raczej chłodna, mocno zdystansowana.

Madonna jest królową - panuje niepodzielnie nad tłumem. Tym na scenie i tym na widowni. Taka zręczna manipulacja :] Wplecione w połowie koncertu muzyka i występ Michaela Jacksona kupiły jeszcze więcej serc...
Zazdroszczę jej. Jest marką, samogrającą się legendą, która z życia zrobiła sobie scenę, a ze sceny życie. Te światy się nie przenikają, nie mieszają. One stworzyły zupełnie nowy, jedyny i wyjątkowy - planetę Madonna. Planetę, która już mogłaby istnieć bez fanów i ona ma tego świadomość, i to czuć w jej zachowaniu.
Madonna nie jest fenomenem jako artystka, ale jest fenomenem jako osoba. Królowa.

Madonna
sobota, 15 sierpnia 2009
Lotnisko Bemowo, Warszawa

15 sierpnia 2009

Ostatni koncert w życiu.

Tak postanowili grać każdy swój koncert po pięcioletniej przerwie. Nigdy nie przepadałam za głosem Lou Rhodes, zawsze przepadałam za muzyką Lamb. W sierpniowy piątek po raz pierwszy wystąpili w Polsce.
Nie spodziewałam się aż takiego koncertu. Hipnotyczne, drapieżne i energetyczne granie, czasami psychodeliczne, czasami egzotyczne. Andy, między DJowaniem, grą na klawiszach i grą na bębnach niezmordowanie agitował do uczestniczenia w koncercie. Kontrabasista urwał w trakcie gry chyba całe włosie ze smyczka. Wszystko na tym koncercie było piękne: piękna Lou, piękne projekcie, przepiękny kontrabas jak tribal, piękna energia między sceną a publicznością. W programie znalazły się wszystkie flagowe utwory w ciekawych aranżacjach. I tylko za krótko grali.

Fotografował Rafał Nowakowski.

Lamb
piątek, 14 sierpnia 2009
Palladium

13 sierpnia 2009

muzycy ulicy

Potrafią być zachwycający i zaskakujący. Czasami mają swoje stałe miejsca występów. Często dziwię się, że pozostają nieodkryci, pozostają na ulicy.

Na przykład w Krakowie pod Kościołem Mariackim mężczyzna śpiewający arie operowe. Bardzo szczupły i jasny, ubrany w czarny garnitur. Ma wokół jakąś aurę. Może dlatego, że cały zatopiony jest w swojej muzyce, w swoim śpiewie.

Albo niewidoma dziewczyna w Sopocie, śpiewająca bodajże altem. Pięknie, przejmująco.

Spotkałam też saksofonistę i było to spotkanie magiczne, bo w Londynie na wałach nad Tamizą. Siąpił deszcz, było szaro, a on grał rzewnie na saksofonie. Stałam i mokłam zasłuchana.

Którejś zimy, tuż przed świętami, byłam w Kopenhadze. Śnieg, mróz, świąteczne dekoracje, szaleństwo zakupów. Na deptaku, boso, w dżinsach i kamizelce, z zamkniętymi oczami grał na kongo chłopak. Uśmiech ekstazy na twarzy. Rozpalony. Nieobecny. Był zupełnie gdzie indziej...

10 sierpnia 2009

OFF dzień czwarty. Epilog.

Nie mieliśmy nawet połowy biletu na połowę któregoś z niedzielnych koncertów. Ale mieliśmy wciąż spore muzyczne apetyty, szczególnie na ostatni koncert OFF Festivalu 2009 - na koncert Olafura Arnaldsa w kościele ewangelickim. Popołudniowe próby zdobycia biletu spełzły na niczym. Po seansie "Egzorcyzmów Dorothy Mills" w Silezii, wróciliśmy pod kościół "na żebry" ;) Biletów nie było nadal i wciąż. Kilka zasłuchanych osób siedziało pod wejściem. Dołączyliśmy. To muzyka tak delikatna, tak oniryczna, tak subtelna, że słuchanie jej wpatrując się w okrągły księżyc było bardziej niż naturalne. Pod koniec udało mi się wślizgnąć do środka, tuż przed wypuszczeniem na ściany kościoła białych gołębi... Piękne zakończenie festiwalu.

Jestem pod wrażeniem odwagi Rojka, który w tym roku nie zaserwował żadnej gwiazdy, a mimo to zrobił festiwal najwyższych muzycznych lotów. Chociaż pełno jeszcze organizacyjnych niedociągnięć i bałaganu. Mniejsza frekwencja, ale za to lepsza atmosfera zorientowanych na muzykę (nie na festiwal) ludzi to atut tegorocznej edycji. To już nie jest festiwal muzyki alternatywnej, to festiwal muzyki offowej. Nie muszę znać line-upu, żeby jechać tam za rok.

OFF Festival
6 - 9 sierpnia 2009
Mysłowice

9 sierpnia 2009

OFF dzień trzeci

Ambicje mieliśmy spore, realizację kiepską - mieliśmy być już na Hatifnatsach, ale doczłapaliśmy się dopiero na Crystal Stills. Za to makarony były pyszne ;) Zespół mnie nie zachwycił. W moich uszach brzmi jak kolejna kapela grająca na gitarach. Po drodze do ogródków zatrzymaliśmy się w Mieście Muzyki na Skinny Patrini. Też długo nie wytrzymałam. Według mnie to granie wtórne i bez polotu. Szukam w muzyce jednak czegoś innego.
Na przykład tego, co znalazłam w Wildbirds & Peacedrums - nieprawdopodobny głos, improwizacjie i śpiewanie całą sobą! Tego głosu mogłabym słuchać bez końca i w przeróżnych gatunkach muzycznych czy piosenkach. Myślę, że poradziłaby sobie ze wieloma wokalnymi, gatunkowymi czy interpretacyjnymi wyzwaniami. Swoboda, żywiołowość i naturalność to domeny wokalistki tego szwedzkiego zespołu. Jestem pod ogromnym wrażeniem głosu i osoby! Sama w sobie jest zjawiskiem multimedialnym ;)
Nie wiem, czy to dzięki swojej urodzie, czy może dzięki swojemu głosowi, a może dzięki całości przypomniała mi o Ofrze Hazie. To moje dźwięki i mój zachwyt zjawiskowością kobiety jeszcze z dzieciństwa. Ta oszałamiająca kobieta zmarła w wieku 43 lat na zapalenie płuc, zarażona wcześniej przez męża HIV... Zrobiło mi się smutno, przykro i żal, kiedy o tym przeczytałam.

Ale wracając na OFF Festival...
Na Scenie Leśnej zupełnie inny klimat - Crystal Antlers. Miałam kłopot z odróżnieniem piosenek, bo każda brzmiała podobnie. Ale moją uwagę zwrócił bardzo żywiołowy i świetnie się bawiący czarnoskóry perkusista z lewej strony sceny. Szalał, śpiewał, grał i tańczył bez przerwy :)
Ani The Car is on Fire, ani Jeremy Jay mnie nie porwali. Gitary, po prostu gitary. A z gitarą też trzeba umieć zrobić COŚ. I chociaż Wooden Shjips wyglądają jak ZZ Top - zupełnie nieadekwatnie do swojej muzyki, ich granie było jednym z lepszych tego wieczoru. Muzyka po prostu płynęła drapiąc przyjemnie po plecach.
Wiem, że na The National czekało wiele osób i wielu zachwycili. Dla mnie był to jednak kolejny gitarowy skład.
W tym czasie na scenie alternatywnej w Muzeum Straży Pożarnej występowali Ben Butler & Mousepad. Był to bardzo pozytywny koncert! Przesympatyczny, zabawny Joe na "klawiaturze i myszce" oraz Bastian na automacie perkusyjnym. Chłopaki się nie oszczędzali i wycisnęli ile się dało z siebie i z publiczności. Byli rozbrykani i rozbrykali całą widownię. Ja sobie swobodnie majtałam nogami siedząc na parapecie.
Kolejny koncert był wyjątkowy z dwóch powodów: wcześniej nie byłam na jazzowym jamie na świeżym powietrzu i nigdy nie miałam okazji być na koncercie Miłości. Nie wystąpili w zapowiadanym w programie Festiwalu składzie. Zabrakło Sikały i Morettiego. A jednak... Na scenie sześć Osobowości (i dwóch zakapturzonych kamerzystów): Irek Wojtczak (saksofon), Antoni "Ziut" Gralak (trąbka), Arek Korecki (saksofon), Kuba Staruszkiewicz (perkusja), Leszek Możdżer (fortepian), Tymon Tymański (kontrabas). Koncert pełen zaskoczeń i zachwytów, zwrotów i improwizacji, i świetnej zabawy muzyków. Tymański podsumował ów występ słowami, że nie jest pewien, czy był to koncert Miłości, ale było dobrze :)
Jeszcze jedna totalna zmiana klimatu - na The Field, ostatni koncert wieczoru, w Trójkowym namiocie. Popląsałabym, ale Marudy marudziły... :]

Fotografowały Joanny.

OFF Festival dzień trzeci
sobota, 8 sierpnia 2009
Mysłowice

8 sierpnia 2009

OFF dzień drugi

Wczorajszy dzień festiwalowy zainaugurowaliśmy koncertem George Dorn Screams na scenie leśnej. W końcu widziałam ich na żywo - tak brzmią stanowczo ciekawiej. Głębokie, drapieżne gitary i chłodny głos ascetycznej Magdy Powalisz rozkołysały las i nas.

Potem nastąpiła muzyczna dziura. To za sprawą mojej Siostry, która miała dociuchciać się do Katowic ok. 19-tej. Po drodze jednak, zupełnie spontanicznie, postanowiła pozwiedzać Sosnowiec. Chociaż nadal nie jest pewna, czy to nie był czasem Ostrowiec... ;)

Wróciliśmy na Marissę Nandler, czyli sporo dobrego nas ominęło. Na moje ucho Marissa plumka na gitarze podśpiewując sobie przy tem.

Wokalistę-o-gołębim-sercu i jego Fucked Up musiałam zobaczyć! Ze zwykłej babskiej ciekawości ;) Nie wiem, czy to, co miał na plecach to był tatuaż, czy futerko. Tekstów nie znałam, melodii nie słyszałam więc na The Week That Was podreptałam. I to był kolejny dobry koncert tego wieczoru! Ale jeszcze nie najlepszy... Tuż po nich na scenie głównej zagrał Spiritualized. Zagrał i mnie porwał. Mocą dźwięku, adekwatnością głosu, gospelowymi głosami w chórkach. Zafundowali mi wrażenia prawie jak Archive. Albo to ja tak się im poddałam. Dla mnie był to najważniejszy koncert drugiego dnia Offa. A może i całego festiwalu?

Po uduchowieniu wróciliśmy na scenę Trójkowej Offensywy, żeby pogibać się przy dźwiękach Final Fantasy. Potrzebowałam chwili spokoju, ochłonięcia i niewiele z tego koncertu pamiętam. Odnotowałam i zapamiętałam, że Owen Pallett jednocześnie grał na skrzypcach i śpiewał. Hmm.
Potem gorąca i bardzo słodka herbata i fragment Psychocukru na zakończenie dnia. Na koncercie w EMPiKu zrobili na mnie większe wrażenie. Chętnie zostałabym jednak na całości, ale Marudy marudziły ;)

Fotografowały Joanny.

OFF Festival dzień drugi
piątek, 7 sierpnia 2009
Mysłowic
e

7 sierpnia 2009

OFF dzień pierwszy. Prolog.

Wyruszyliśmy późno, jechaliśmy długo. Za oknem mamy Spodek. Na stole Carlsberga i czipsy. Za sobą dwa pierwsze koncerty. Oba w Kościele Ewangelickim. O Balladach i Romansach pisał już Mickiewicz. I jego wersji będę się trzymała, bo chcę, żeby był to blog raczej pozytywny... :]
Drugiego mogłabym jeszcze słuchać, i jeszcze, i jeszcze. El Perro Del Mar. Perkusja, bas, gitara i dochodząca gitara akustyczna, czasami tamburyn. Na wokalu charyzmatyczna od stóp po głos Sarah Assbring. I to, co najbardziej szwedzkie: dystans, skromność, jakaś krystaliczność. Tak, jakby wycisnęła kwintesencję Iana Curtisa, Alana Vegi i Kate Bush, zmiksowała i zalała całą swoją kobiecością. Czerpanie, ale nie powtarzanie. Bardzo wyrazista osobowość. Świadoma kobiecość. Przemyślane, ale swobodne granie. Moje pierwsze odkrycie Offa A.D. 2009.

Mamy już w łapkach wygodne mapki i treściwe książeczki, i wygląda na to, że zdążę na wszystkie koncerty, na które chcę. Co za miła odmiana po Heinekenie... :] W zasadzie w całym mieście coś się dzieje i jest to kolejna rzecz, która w tym festiwalu mi się podoba.

A teraz Gość Specjalny Muzykoholizmu, Pueblo :]

witam na gościnnych występach, ja nie będę sobie szczędził złośliwości ;>
rozpocznę od Ballad- koncert zaskoczył mnie, zaskoczył bardzo!
jest od czym opowiadać po godzinnym opóźnieniu, które faktycznie trwało circa 5minut rozpoczął się show, w ramach przystawki zostaliśmy potraktowani piosnką o jedzeniu i kroplówkach, a potem to już poleciało...
było kilka pozytywnie zabarwiona pieśń o miłości, hymn prawie kościelny o pomieszkiwającym w zakamarkach naszej duszy Szatanie a na deser spektakl na temat kolejnego wcielenia, a mianowicie bycia psem z porywającym finałem gdzie jedna z Sióstr Wokalistek(ta niespeleniąca) zaszczekała, i to nie raz!
teksty przywołały mi na myśl pewien utwór zespołu Pogodno a mianowicie "Piosenka o śmiesznym tytule" tylko, tam powstało to na podstawie tekstu chat'owników a my dostaliśmy iście losowy zbiór cytatów z for interentowych dotyczących dorastania i problemów pokolenia młodego wiekiem.
po wymordowaniu mych pośladków ławą wyścieloną poduszką wykonaną w minimalistycznej technologii i duszy mej niepokornej pewnego typu wiadomosciami dochodzącymi z mej prawicy, ośmieszeniu się w oczach eXszperta od nagłośnienia nastąpiła krótka przerwa i pojawił się zespół z Panem Wokalistą, ups to Pani Wokalistka....
a potem to się zaczęło, kapialne nagłośnienie- słychać każdy dźwięk, który jest skierowany do naszych uszu, surowy miny, perfekcyjna perkusja, mięsisty bas- to jest to co tygryski lubią mooocno.
no i Pani Wokalistka- motoryka niczym Ian Curtis, identyczny styl obejmowania mikrofonu. gdy śpiewa unosi się- dosłownie! staje na palcach a Jej szyja wydłuża się w magiczny sposób, całe ciało maszeruje iście wojskowym krokiem natomiast sama głowa pozostaje nieruchoma wpatrzona w dal. Pani śpiewa całą sobą, po stokroć lepiej wypada @live niż studyjnie...
i Carlsberg dobiegł końca, do miłego!


A mówiłam nie pisz więcej niż ja!! ;)

Off Festival dzień pierwszy
czwartek, 6 sierpnia 2009
Mysłowice

3 sierpnia 2009

(r)ewolucja

1 sierpnia 2009

wciąż dziwi mnie jak dziecko

31 lipca 2009

niechaj...

Podziel się